O Yarpennie słów kilka...

Nigdy nie byłem sportowcem. Zawsze byłem chorowity. Praktycznie całe dzieciństwo usiane było nieustannymi infekcjami dróg oddechowych, co niejednokrotnie kończyło się wielomiesięcznymi zwolnieniami z zajęć sportowych w szkole. Sytuacja ta w połączeniu z zamiłowaniem do gier komputerowych powodowała, że nigdy nie byłem szczupły. Dopiero gdzieś tam grubo po dwudziestce naprawdę dobry lekarz uświadomił mi, jak bardzo krzywdzącym ludzi mitem jest stwierdzenie, że „migdałki są naturalną barierą przed infekcjami”. Migdały usunąłem, infekcje się skończyły, co w połączeniu z wieloma pozytywnymi impulsami dało możliwość zawalczenia o zdecydowanie lepsze zdrowie.

Dzięki wiedzy zdobytej po części na studiach i po części z odpowiedniej literatury, a także fenomenalnym wsparciu pewnej trenerki udało mi się skutecznie zmienić swoje nawyki żywieniowe, swój sposób życia, co w najlepszym okresie spowodowało pozbycie się 26 nadmiarowych kilogramów i uzyskaniu sylwetki, która nie powodowała kręcenia głową z zażenowaniem podczas przeglądania się w lustrze. Miało to miejsce w 2013 roku, który sportowo był moim najlepszym w życiu. Nie dość, że pomogłem samemu sobie to jeszcze mimowolnie stałem się swego rodzaju inspiracją dla osób, które również do tej pory nie miały ze sportem wiele do czynienia. Zobaczyli grubaska, który na starym, prawie pełnoletnim rowerze robi trasy po sto i więcej kilometrów, chudnie, nabiera mięśni i ... chyba uwierzyli, że skoro ja mogłem coś zrobić, to oni też. Relacje takich osób również znajdziesz prędzej, czy później na tym blogu.

Osoby te stały się prędko moimi bliskimi znajomymi i stworzyliśmy swego rodzaju małą grupkę wzajemnego wsparcia. Bardzo często słyszałem też głosy: „Dobrze piszesz, otwórz bloga!”. Nie bardzo miałem na to ochotę, lecz w końcu uległem, choć oswojenie się z tą myślą zajęło mi prawie półtora roku. Dlaczego w końcu się na to zdecydowałem? Cały czas pamiętałem, jak wielką frajdę sprawiało mi pomaganie innym. Dzięki moim opisom przeróżnych wypraw mniej lub bardziej treningowych zmotywowałem kilka osób do zmiany swojego życia na lepsze. To przypisuję sobie za mój największy sukces. Teraz chcę do tego wrócić, zwiększyć zasięg i moc armat z endorfinami i pomóc każdemu, kto tylko takiej pomocy będzie potrzebował.

W 2014 roku w moim życiu nastąpiła gigantyczna zmiana, przeprowadzka do innego kraju. Idealna okazja do wielu wymówek, wygodnickich wytłumaczeń, które niejednemu leniowi są Ci nieobce. W efekcie 2014 rok niestety spisałem na straty. Przez wiele miesięcy się łudziłem, że efekt ćwiczeń i diety utrzyma się sam i mogę spokojnie nic nie robić albo robić w bardzo ograniczonym zakresie. Zamknąłem się w mojej strefie komfortu i bezpieczeństwa. Tak się niestety nie da, ale i o tym będą stosowne wpisy. Szkoda zeszłorocznej pracy, ale na szczęście nie wszystko zostało utracone. Pewna skromna baza pozostała i od tego roku walczymy. Tym razem z profesjonalnym wsparciem, którym mam nadzieję stanie się ten blog (i fanpage na Facebooku rzecz jasna).

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, by pokazać, że jestem przeciętnym „Kowalskim”. Człowiekiem takim jak Ty, z problemami, z pogmatwaną przeszłością, praktycznie bez zdrowia. Człowiekiem, któremu przecież „nie miało prawa się nic udać”. Człowiekiem, który na pewnym etapie życia pracował po 10-11 godzin dziennie, często łącznie z weekendami, a resztę czasu poświęcał na opiekę nad chorą osobą, siłownię, zmagania z własnymi słabościami na rowerze i pasje związane z komputerem. I wszystko to było zaplanowane każdego dnia, co do sekundy. Człowiekiem, któremu już nigdy więcej nikt nie wmówi, że „się nie da”. Człowiekiem, który nadal jest słaby i każdego dnia walczy o lepsze „ja”. Człowiekiem, który jednego dnia marudzi, a przez kolejne trzy stara się znaleźć rozwiązanie dla każdego problemu, jaki go spotka. I wreszcie, człowiekiem, który ma ogromną chęć pomagania innym, bo również zmienili swoje życie na lepsze.

Jeżeli szukasz takiej pomocy, to trafiłeś we właściwe miejsce :)