Jak nie zdobyłem zamku...

Strättligburg.

Zamek, który widzialem dziesiątki razy z okna samochodu na autostradzie łączącej szwajcarskie Berno z miastem Thun. Nigdy nie potrafiłem go umiejscowić na mapie w mojej głowie bo wokół stoi mnóstwo drzew i nie ma żadnego charakterystycznego punktu odniesienia. 

Męczył za każdym przejazdem, aż w końcu postanowiłem, że jak tylko poprawię formę to zdobędę go na rowerze. To w końcu tylko trzydzieści kilometrów w jedną stronę, co może pójść nie tak? :)

Połowa kwietnia 2018 roku w Szwajcarii była nieprzyzwoicie ciepła. 30 stopni w słońcu nie było niczym nadzwyczajnym. I oczywiście zamiast pojechać w trasę to zamarudziłem i pojechałem po południu, przy najmocniejszym słońcu i największej ciepłocie.

Żeby nieco sobie podnieść poziom trudności pojechałem zachodnią stroną doliny. Tutaj teren zamiast nudno iść na stałym poziomie to wznosił się, to opadał, idealnie wpasowując się w wiele kolarskich treningów. Nogi nieco ciężkawe po 104 kilometrach sprzed czterech dni ale moja kolarzówa wybitnie nie znosiła ostatnio jazdy w wolnym tempie. Średnia 23 i więcej solo to jak dla mnie na razie całkiem sporo, a tu trzymałem to mimo upływających kilometrów. Jakoś nie potrafię czasem odpuścić i to też jest jednym z powodów moich niepowodzeń na długich trasach.

Wraz z upływającymi kilometrami zbliżałem się do Wattenwil, skąd rozpościera się fantastyczny widok na rejon Gantrisch i tkwiące tam monumentalnie dwutysięczniki. Potężne ściany wydają się być na wyciągnięcie ręki, czyniąc otoczenie mojej wyprawy wyjątkowym. W tym momencie klnę trochę pod nosem, że nie wziąłem kamery. Oczywiście założyłem sobie spokojną, przyjemną jazdę i niemyślenie o kolejnym odcinku na vloga ale okoliczności były tak piękne, że trochę żałowałem.

Za Wattenwil długi, niezbyt męczący ale denerwujący podjazd. Patrzę sobie kątem oka i nagle dociera do mnie, że widzę wodospad za Blumenstein, a ja jestem "dość świeży". Zadziwiające, jak rower szosowy i rosnąca kondycja zmieniają poczucie odległości i czasu. Jeszcze dwa lata temu ten wodospad był celem mojej wyprawy i o ile pamiętam to zdychałem potem straszliwie. A teraz? Pyk, pyk, nawet nie zsiadałem z roweru i już jestem. A przecież jadę dalej.

Ok, wypinam teraz trochhę klatę. Tak naprawdę to coś bolało. Gdzieś z tyłu w lędźwiach. Jeszcze do niedawna myślałem, że coś naciągnąłem podczas jazdy sprzed kilku dni i rekordowego dla mnie tempa lecz pisząc ten tekst wydaje się, że to coś zgoła innego. No bo przecież naderwanie nie trzyma miesiąc czasu mimo oszczędzania się, prawda? Coś czuję, że odezwał się jakiś krasnoludzki kamień nerkowy i nie będzie zabawnie...

Ale wracając do wyprawy. Cały czas jechałem drogą z dość sporym natężeniem ruchu i bez pasa rowerowego (oznaczone szlaki zostawmy na następny raz). Kolejne kilometry połykane z mniejszą lub większą obecnością bólu lędźwi. Według licznika powinienem się już zbliżać, a tu jakoś zamku nie widać.

Nagle z naprzeciwka jedzie auto. Wyprzedza go dwóch motocyklistów. Z czego drugi robi to na moim pasie, jakieś 30 centymetrów od mojej kierownicy i ręki. Czy ja na pewno jestem w Szwajcarii? I znów, przydałaby się kamera. Trochę się wystraszyłem bo prędkość była naprawdę słuszna. Według przepisów nie miał prawa tego zrobić, ale żona (motocyklista) powiedziała, że to normalka i miałem jechać przy krawędzi jezdni. Tylko że tak właśnie jechałem...

W końcu Reutigen i skręcam w stronę zamku. Ponad 30km już na liczniku. Dojeżdżam do drogi prowadzącej do zamku i... no nieeeee... szuter i mocno pod górę. W takich momentach z uśmiechem wspominam liczne wyprawy na rowerze fitnessowym i starym dziadku Whellerze dawno dawno temu... Tym wjeżdżało się wszędzie. Ale nic to. Ten rower szosowy też będzie miał swoje wyprawy na koncie! Z nim jest o tyle prościej, że Mroczny Ninja waży sporo mniej niż wszędobylskie rowery, więc jego prowadzenie, czy noszenie to żaden problem. Szuter i niezbyt dobrze utrzymana dróżka napawają mnie jednak pewnym niepokojem. Brak parkingu również.

Dotarłem w końcu pod zamek (wybaczcie brak zdjęć w momencie publikacji, na urlopie jakoś tak nie mam wszystkiego pod ręką, poprawię na dniach). Do samych wrót znowu pod górę, duże, drewniane, wysokie schody. Rower pod pachę i idziemy. Wejdziemy razem i razem zdobędziemy zamek...

... takiego wała. Niestety Strättligburg jest już drugim poznanym zamkiem w Szwajcarii (i niestety pewnie nie ostatnim), który mnie zawodzi swoją niedostępnością. Porządnie wyremontowany ale zamknięty dla ogółu jest typową szwajcarską opcją na imprezy grupowe - budowla tylko do wynajmu na uroczystości. Ogarnia mnie żal ale po dłuższym zastanowieniu się rozumiem władze gminy Thun.  Imprezy zamknięte i przy okazji świąt po prostu się zwracają, a w pozostałe dni koszty utrzymania są ograniczone do minimum. Otwarcie budowli codziennie wymaga postawienia przynajmniej jednego człowieka, a z reguły kilku osób. Kto im zapłaci? W dodatku szwajcarskie wypłaty? Tym bardziej, że według planu zamku nie ma nic do zwiedzania...

Może jakby udostępnili chociaż mały tarasik widokowy to byłbym szczęśliwszy? A tak to musiałem pocałować... kołatkę zamkową i zszedłem w dół. Teraz już wiem, jak tu jest.

Droga powrotna to przyjemny zjazd do Thun wzdłuż jeziora, a potem powrót z wykorzystaniem narodowego szlaku rowerowego. Dróżki, po których jeździłem dziesiątki razy, ale pierwszy raz w tym kierunku na kolarzówie. Efekt? Kolejne rekordy personalne na Stravie. Ostatnio wszystko zwalam na rower. Nie za bardzo chce mi się wierzyć, że to moja zasługa. Nie przy tej wadze. Kalendarz jest nieubłagany i boli mnie to ostatnio bardzo.

Lubię takie przejażdżki/wyprawy. Dlaczego? Bo są w nich te takie fajne okruchy magii, które sprawiają, że ten pojedyczny przejazd na pewno zostanie przeze mnie zapamiętany. Lub jego przywołanie z pamięci będzie bardzo proste. Kiedyś tam, po latach, spojrzę sobie na mój kalendarz jazd, westchę i powiem: "Aha! To wtedy co mnie tak w krzyżu kłuło, pojechali mi na czołówkę i zdobyłem prawie zamek!" I mimo tego, że wygląda to na marudzenie i stękanie to będą to naprawdę fajne, krasnoludzkie wspomnienia.

~ Yarpenn

P.S. A tę jazdę można obejrzeć na Stravie o tu: https://www.strava.com/activities/1516223901

 

Skomentuj przy pomocy Czarnej Magii Facebooka:

 

 

Jeżeli nie bywasz Wędrowcze w Krainach Facebooka i są Ci one obce, możesz skorzystać z formularza poniżej, by wypowiedzieć się pradawnej Księdze Trolla.



Skomentuj ten artykuł
 Odśwież, jeśli nie widzisz poprawnie kodu.
Wpisz kod weryfikacyjny (pola wymagane)